poniedziałek, 18 sierpnia 2008

koka

Cuzco - 3500 m n.p.m., jez. Titicaca - 3800 m n.p.m., La Paz tez jakos tak. Wiec sie nabawilysmy choroby wysokosciowej, na ktora sa podobno tylko dwa sposoby- leki (probowalysmy, srednio dzialaja) albo herbata z koki (powoduje u nas nie euforie, lecz migotanie przedsionkow, smakuje jak herbatka ziolowa).

Koka byla od zarania dziejow roslina, dzieki ktorej miejscowi Indianie byli w stanie komunikowac sie z duchami. Jest to element ich tozsamosci, sa z niej bardzo dumni. W La Paz jest nawet muzeum koki, w ktorym mozna sie dowiedziec czym rozni sie koka od kokainy, poznac krotka historie coca-coli (od lat 60tych nie dodaje sie do niej koki, myslalam, ze wczesniej), zobaczyc kilka sposobow konsumpcji koki, itp. W Peru az roi sie od koszulek z koka (oprocz koszulek z inka kola oczywiscie).
W czasach kolonialnych, Kosciol zauwazyl, ze koka wprawia ludzi w stan zadowolenia i dodaje sil, wiec uznal to za dzialanie diabelskie, z czego sie potem wycofal. W tamtym okresie czas pracy dla Indian boliwijskich (praca glownie w kopalniach) trwal 48 h ciagiem, wiec rzucie koki bylo dobrym (i chyba jedynym) sposobem na przetrwanie. Koka stala sie wtedy towarem, ktorego cena potrafila isc ostro w gore, przestala pelnic funkcje sakralne. Na poczatku XX wieku niemieccy naukowcy odkryli, ze koka (jakos przetworzona) moze dobrze sluzyc w celach anestozjologicznych. Natomiast pierwszym coca-consumerem, jak to rozumiemy wspolczesnie, uzalenionym, byl... Zygmunt Freud.
Teraz jest tak, ze wiekszosc producentow koki, glownie z dzungli, gdzie koka rosnie jak szalona, sprzedaje ja producentom kokainy, czego zdaje sie nie zauwazac Evo Morales, przemawiajac plomiennie w ONZ... Ale po prawdzie trzeba przyznac, ze niektorzy sprzedaja ja do dobrych celow konsumpcyjnych (do rzucia - swieze liscie koki, suszone psuja zeby, do cukierkow, do herbaty, itp.) i ponoc ponad 90 proc. mezczyzn i ok.80 kobiet w Boliwii reguularnie rzuje koke.

Szkoda, ze Wam jej nie przywieziemy :(

czwartek, 7 sierpnia 2008

Lima 2




Palac Arcybiskupow i Katedra, Plaza de Armas



Palac Prezydenta






Trujillo



























selva

rejon Pastaza, Ekwador









poniedziałek, 4 sierpnia 2008

o tym sie mowi

O ile w Kolumbii podczas naszego pobytu na tapecie byly wybory Miss Universal, w ktorych Miss Kolumbii zostala pierwsza wicemiss (moim zdaniem nieslusznie, bo jest sliczna, zobaczcie sami: http://www.talianavargas.com/ )
tuz za Miss Wenezueli (polityka jest wszedzie), o tyle w Ekwadorze media mowia glownie o pracy dzieci i projekcie nowej konstytucji. Trwa tez zakrojona na szeroka skale akcja propagandowa. Zasadniczo chodzi o to, zeby demokracja byla bardziej reprezentatywna. A w Peru mozna wyczytac hasla takie jak: alfabetyzacja podstawa sprawiedliwosci spolecznej.

piątek, 1 sierpnia 2008

tam i z powrotem

Z ciezkim sercem (a niektorzy i migdalkami) opuscilysmy Wybrzeze Karaibskie i wyruszylysmy w droge powrotna do Peru. Nasza trasa liniami Bolivariano (lecial zlowrozebnie brzmiacy film- Mission Impossible 2, ktorego nic nie zrozumialam, ale zaciegawil mnie Szanghaj...): Cartagena- Medellin-Impiales. Na granicy kolumbijsko-ekwadorskiej przezylysmy koszmar porownywalny z przejsciem w Medyce, tylko, ze jeszcze jacys oblesni goscie puszczali do nas oko (to sie jednak wsrod Slowian nie zdarza!- mowilam juz, ze przezywamy cos w rodzaju antropologicznego zmeczenia ta mantalnoscia? przynajmniej czasami). Nawet zwawo (2 dni) udalo nam sie dotrzec do Quito i tym razem nie zostalysmy okradzione, z czego jestesmy naprawde dumne! Quito zwiedzilysmy pobieznie- stolice krajow poludniowoamerykanskich nie sa najbardziej ekscytujace...
Dwie ciekawostki:
-do autobusu wchodzi przykladowy sprzedawca napojow. Najpierw przeprasza, ze nam przeszkadza, po czym zaczyna b. szybko zachecac do zakupu: nopoiczki, napoiczki! wodeczka i soczki z owockow doskonale do filmiczku, ktory bedzie opuszczony podczas podrozyczki...
- napis na scianie w Quito: Nie jestes psem, nie sikaj tu! Szanuj sie!

Z Quito przejechalysmy do Puyo (5h), ktore jest ostatnim miastem, potem juz tylko dzungla. Wczesniej zarezerwowalysmy sobie wyprawe(Aventura Ekstrema):
1. dzien: rafting; chodzenie po jaskiniach w dzunglii
nocleg w Cabanas (taka chatka indianska w dzunglii, przypomina kurnik harcerski)
2. spacer po dzunglii; kapiel w wodospadach, nocleg jw.
3. ogrod malp (chodza luzem, wlaza na glowe, kradna przedmioty z kieszeni)
Wbrew temu, co pize Cejrowski dzungla to nie jest jedno wielkie swedzenie! Mamy nadzieje, ze zaden motyl nie zlozyl larwy w naszych palcach.... ale na pewno ciagly halas (szczegolnie noca) i ruch (np. wielkie mrowki), i taki niesamowity gaszcz i wilgoc (ale wcale nie jest upalnie!) i taka ogromna roznorodnosc i egzotyka roslinnosci! I ta przestrzen! Ech...

A po dzunglii zregenerowalysmy sily w wypasnym hotelu za grosze i na impresce latynoskiej! I jedziemy dalej