piątek, 25 lipca 2008

Dlaczego blog pod-upadl?

Oli

"Powiedz: aaaaaa", "aaaaaaaa". "Dlaczego my zawsze musimy dostac anginy w toksycznym miejscu?!"- spytala filozoficznie, gaszac czolowke (wiedzialam, ze sie na cos przyda!!!)skierowana w moje gardlo. Przez chwile trwalysmy w niemym zadumaniu nad trauma wydarzen sprzed dwoch lat, gdy to ona dostala anginy w rezydencji pani ambasador w duzym europejskim kraju...Po czym stala energicznie, stwierdzajac, ze tu jest jednak duzo lepiej i zostajemy az mi sie nie poprawi. Bohaterskie to bylo wyznanie zwazywszy na to, ze manager tego hostelu, z ktorego juz juz mialysmy sie wymiksowywac smolil cholewy do O. a nie nalezal do najwiekszych gentlemanow jakich ziemia nosila (choc i nie do najgorszych jakich nosi kolumbijska). Wrocila niebawem z lekami, piciem, jedzeniem, wszystkim.
Swoja droga chyba i tak nie jest najgorzej- mamy rozpiske przygotowana przez Tate O. z lekami i dawkowaniem, mozemy zawsze sie z Nim skonsultowac, a w aptece nie robili problemow. I to tylko angina. A w Boliwii turysci na potege laduja w szpitalach z salmonella (wszyscy mowia, ze da sie tego uniknac, ale nie jedzac owocow i wielu innych rzeczy). Wiec skoro chorobe juz zaliczylysmy to mozemy ruszac dalej.

piątek, 18 lipca 2008

Taganga

Wyjechalysmy od naszej kolumbijskiej rodziny- cioc, babc, wujkow i innych serdecznych ludzi. Tym samym zamknelysmy etap bogocianski i wyruszylysmy na polnoc. Autobus mial jechac 16 h, jedak doliczajac opoznienie 12 godzinne spowodowane korkami i manifestacjami na drodze dojechalysmy na miejsce nie o 7 rano, ale o 7 wieczorem glodne jak wilki. Na szczescie wybrzeze karaibskie i nasz hostelik w widokiem na zatoke i nasz hamak na tarasie i nasze insekty i nasze swiezowyciskane soki z mango na mleku wynagrodzily nam podroz!!!

pozdrowienia z raju!!!

wtorek, 15 lipca 2008

Domingo

Bo w ogole to my na Msze chodzimy. Na tym polu jednak sie roznimy z O. - ja przed wyjazdem wyszukalam sobie miejsca, gdzie mozna trafic na Tridentine (adresy sa aktualnie w posiadaniu ekwadorskich zlodziejek), a O. spragniona jest novusa w duchu teologii wyzwolenia. Poki co nie zrealizowalysmy ani jednego ani drugiego pragnienia.
W Medellin bylysmy w katedrze i akurat trafilysmy na biskupa i specjalne blogoslawienstwo. Zasadniczo novus jak i u nas, ale na blogoslawienstwo lud padl na kolana.
W te niedziele nasi gospodarze zabrali nas do swojego kosciola. Msza zaczela sie z punktualnoscia iscie latynoska, ale mniejsza o to. Oprawa muzyczna w stylu "Bialy krazek", a na Przeistoczenie byl specjalny podklad (ludzie cos w ogole odpowiadali w trakcie). Podobnie jak w Europie nie spiewano psalmu, za to byly rozne radosne piesni, np. przed Ewangelia. Na bialym tle sciany z krzyzem pieknie lsnily dlugie ciemne wlosy ministrantek, a przy Komunii pomagal sympatyczny pan (braki kadrowe? ogolnie to chyba nie jest najwiekszy problem Kosciola w Kolumbii...) W czesciach stalych panuje lekki freestyle, ale nie wiekszy niz na ichnim przejsciu dla pieszych. Za to koscioly otwarte zawsze i zawsze sa tam modlacy i spowiadajacy sie ludzie.
Ogolnie Kosciol jest aktywnym aktorem na scenie politycznej- mediatorem np. miedzy prezydentem a Trybunalem Konstytucyjnym lub w sprawach porwan lub jakis lokalnych konfliktow. Jesli chodzi o politykow to nie zajmuja sie sprawami cywilizacyjnymi, tylko bardziej socjalem, bezpieczenstwem wewnetrznym i zewnetrznym.

niedziela, 13 lipca 2008

Bogota









































import eksport rapaport

Kolumbia dostarcza do Europy wiekszosc kwiatow (tu sa tanie jak barszcz) i obstawia 80% swiatowej produkcji szmaragdow- mowilam juz, ze nie wracam?

sobota, 12 lipca 2008

hotele, hostele, motele...

W Kolumbii, kraju badz co badz latynoskim, mlodzi musza uprawiac seks, a wiadomo, ze panuje zla styuacja mieszkaniowa... Wiec rynek odpowiedzial na te potrzebe. Oprocz hoteli i hosteli, gdzie zatrzymuja sie turysci, sa jeszcze motele, ktore sluza jedynie w tym celu- wynajmuje sie pokoj na godziny, elastycznie, wedle potrzeb. Sa tez znizki w poniedzialki lub cos w stylu karty stalego klienta, jesli sie przychodzi kilka razy w tygodniu. Infratruktura motelowa rozwija sie preznie. W Medellin jest nawet tak, ze jeden motel jest polaczony tunelem z wielka dyskoteka na 5000 osob. Mozna wyjsc, potem wrocic. Genialne. Deo gratias za kapitalis.

klasa

Zasadniczo nie lubie jak mi sie opowiada o klasowym podziale spoleczenstwa. Z kolei jesli mowa o klasie sredniej to od razu przypominaja mi wyklady prof.Kicinskiego o polskiej klasie sredniej, a w zasadzie jej braku, problemach definicyjnych, rozlicznych badaniach itp. Tu w Kolumbii jest inaczej - jest 6 klas, b. dokladnie sprecyzowanych. Pierwsza i druga to ci najbiedniejsi, zle wyksztalceni, mieszkancy tzw. faveli (okreslenie brazylijskie, inaczej slumsy). Bardzo czesto sa to mieszkancy wsi wysiedleni przez lewakow guerrilla (tych samych partyzantow co porywaja turystow), ktorzy potrzebuja miejsca na plantacje i produkcje narkotykow. Wiec nie jest to podroz do wielkich miast za chlebem tylko koniecznosc. Klasa trzecia i czwarta to klasa srednia, inteligencja, zaangazowana w sprawy spoleczno-ekonomiczne (maja problemy finansowe, wiec im zalezy na realnej zmianie), w koncu piata i szosta - biznesmeni, mieszkajacy w wypasnych domach lub apartamentach z basenem na balkonie. Zyja bardzo po amerykansku, itp. Nasi przewodnicy po Kolumbii bez problemu potrafia okreslic w ktorej dzielnicy mieszkaja przedstawiciele danej klasy (np. do tej ulicy 4 i 5, a po drugiej stronie tylko 5 i 6). Bylysmy ciekawe jak sie odroznia te klasy. Najwazniejszy wyznacznik jest banalnie prosty - kasa (gdzie te subtelne niuanse prof. Kicinskiego...?). Powszechnie wiadomo w ktorej dzielnicy placi sie jaki czynsz. Dodatkowo klasy srednia i wyzsza obowiazkowo maja sluzbe- kucharke i sprzataczke. Jesli sie tego nie ma to juz jest naprawde zle.
I wszystko jasne.

środa, 9 lipca 2008

kulinaria

Oto kilka ciekawszych potraw, ktore mialysmy okazje sprobowac
Peru
Ceviche - trwaja spory miedzy mna a O. co do sposobu przyzadzania tej ryby. Ja uwazam, ze jest to ryba smazona, O.powatpiewa. Nie ulega jednak watpliwosci, ze jest to swieza ryba w cebuli podawana w sosie cytrynowym. Palce lizac.



Inka Kola - nie wiadomo dlaczego nazywa sie Kola, gdyz jest to po prostu okropnie slodka lemoniada. W Peru b. popularna. Jest tez wersja light, ale sie nie skusilysmy









Kolumbia
Mistrzostwo swiata: przyrzadzone przez nasza prywatna pania kucharke z Karaibow tamtejsze przysmaki: Ryz z kokosem(po sprobowaniu stwierdzam, ze nie wracam do kraju :), owoce morza, tarta brokulowa, patacon - placek z bananow. matulu...
Natomiast na sniadanie zamiast chleba w Kolumbii je sie arepe czyli taki kukurydziany placek, reszta klasyczna. Do tego o kazdej porze dnia i nocy mozna za 5 zl kupic pol kg salatki owocowej (samemu wybiera sie owoce, niektorych nazw nie znaja nawet
Kolumbijczycy, tyle tego jest)

cdn

wtorek, 8 lipca 2008

Peru

ryc.1. typowa taksowka, Lima








ryc.2. styl kolonialny- pierwsze podejscie







ryc.3. puebla, ktore mijalysmy po drodze (mialysmy nadzieje, ze nie typowe)







ryc.4 i 5 - polnocne Peru

















ryc.6. i dalsze:Tumbes

























docieranie na miejsce

ryc.1. NY








ryc.2. historia Panamy oczami dzieci








ryc.3. Ekwador?

sobota, 5 lipca 2008

odslona pierwsza-zo

Skorzystam z okazji - O. wyszla z naszym sympatycznym gospodarzem po aparat fotograficzny na czarny rynek - ponoc nowki sztuki tam maja, prosto z Panamy... a moze znajdzie tam swoj wlasny jeszcze z naszymi zdjeciami w srodku? A moze jeszcze co innego kupi?
Bo tam w ogole to wlasnie dotarlysmy do Medellin, "the biggest drug city in Colombia", jak podaje google.
Ale pokolei.
Nasza trasa samolotowa: W-wa, Zurich, NY (noc na lotnisku, z powierzeniem sie tamtejszej Matce Boskiej, w jednej z rozlicznych chapels na NJK airport), Panama, Lima.
W Limie O. pierwsze zdziwienie to brak slonca. Jej dwie hipotezy to: "slonce to jeden z symboli Inkow i oni sie teraz mszcza na tym miescie zalozonym przez swiniopasa Pizarro" a druga: "Donald, nasze Slonce, zabral ze soba dobra pogode do Polski". Czy jakos tak. Moja: jest zima.
Mi sie za to podoba, ze karetka pogotowia na sygnale stoi na czerwonym swietle - przepisy prawa drogowego przede wszystkim.
Obie mamy skojarzenie z Lwowem.
Wieczorem spotykamy sie z Andrea, kolezanka O. z erasmusa. M.in. dzieki niej wymieniamy walute u pana kantorka stojacego na chodniku, ktory poswiadcza legalnosc gotowki swoim stempelkiem (jakby co to mozemy do niego wrocic i rzadac zwrotu). Andrea uczy nas sprawdzac banknoty. Nocleg w gringowym backpackerskim hostelu w dzielnicy Miraflores.
2.07.kupujemy bilety autobusowe linii Oltursa do Tumbes (najbardziej na polnoc polozone miasto w Peru) za jedyne jak sie potem okazalo 100 soli. Trasa trwala 19 h (glownie Panamericana). Lime opuszczamy przez ok. 1,5 h (mieszka tam 8 mln ludzi), ktora na obrzezach w zasadzie jest jednym ciagiem slumsow i rozwalajacych sie lepianek. Obok wysypiska smieci. Wyglada to troche jak wioska romska kolo mostu grota, ktora zlikwidowano jakos w polowie lat 90tych. Za to w autobusie obsluguje pasazerow przepiekna stewardessa - dostajemy ciepla kolacje, sniadanie, kawe, herbate, napoje, do tego pani pokazuje ksiazki, ktore mozna wypozyczyc z pokladowej biblioteczki. Dla wszystkich kino familijne (jeszcze wtedy nie docenialysmy, niewdzieczne) - pelen relaks. Rano poznajemy, dzieki O. i jej hiszpanskiemu, niejakiego Edwardo, uduchowionego wuefiste z Limy, czlowieka renesansu, naprawde szacun. Jemy z nim i jego kolega marketingowcem obiad nad rzeka (zdjecia pysznosci zamiescimy z czasem). Dostajemy sie na granice z Ekwadorem, przejscie jest horrendalne, ale udaje nam sie jakos i nawet lapiemy autobus do Quito. Lokalna linia TAC za 8 dolcow od osoby (Ekwador nie ma swojej wlasnej waluty) - ani stewardessy, ani jedzenia, ani kina familijnego, ani nawet toalety, za to przystanki w kazdej mozliwej wiosce ekwadorskiej, co ma swoje poznawcze walory. Podroz trwa 12 h, po drodze zatrzymujemy sie na kolacje w przydroznym barze (jeszcze na tyle nie ufamy naszym rozchwianym zolodkom, wiec zamawiamy tylko colke), no i kilka razy ladunek bananow, ktory wieziemy na dachu sie luzuje, wiec sie zatrzymujemy i pan naganiacz je poprawia (w ogole to jest b.wazna funkcja, wykonywana z narazeniem zycia: czlowiek wychyla sie z autobusu prawie w calosci i drze sie, gdy tylko widzi potencjalnych pasazerow).W nocy 4 razy zatrzymuja nas kolejne sluzby mundurowe - scenariusz sie powtrza: kaza wychodzic z autobusu, oddzielaja kobiety od mezczyzn (dopiero przy pierwszej kontrolii uwazniej przypatruje sie naszym kompanom podrozy.. coz...), kazdego legitymuja, sprawdzaja podreczny bagaz, mezczyzn dodatkowo przeszukuja (gdzie ten gender ja sie pytam?!). Rownolegle inny funkcjonariusze sprawdzaja autobus. Powoli przyzwyczajam sie do widoku karabinow.
4 lipca, o 6 rano wymeczone dotychczasowa droga ladujemy w Quito. I wlasnie tam te dwie baby zrobily nas na szaro. Gdy schodzilysmy po schodach dworca do informacji oblaly nas jakas octowa mazia od tylu i zaczely udawac, ze nas wycieraja. W tym czasie jedna (dwie?) inne zabraly czesc naszych rzeczy. Najbardziej ucierpiala O., ktorej zabraly aparat fotograficzny, telefon i czesc kasy. Mi zabraly plecaczek, w ktorym oprocz kasy mialam przewodniki, notatnik ze zdjeciami rodziny i bliskich, rozmowki pol-hiszp., szczoteczke do zebow itp. Na szczescie paszporty i karty kredytowe trzymalysmy w skrytkach w spodniach, wiec luz. Mamy tylko nadzieje, ze jak zobacza nasze prywatne rzeczy, zdjecia, dewocjonalia to je to troche ruszy... Postanowilysmy pojsc na policje, ale tu akurat nie ma o czym mowic, bo pan oficer nic nie zrobil, nawet nie przyjal zeznan.
Wsiadamy w autobus do Tulcan -przy granicy kolumbijskiej(4,5 dolarow os osoby). Podroz trwa 8 h i wiedzie glownie przez tereny wiejskie, gorzyste. Serpentyny przyprawiaja o mdlosci... w ogolnym wrazeniu nie pomaga b.agresywny film amerykanski, ktory polega na zabijaniu przeciwnikow na rozne wyrafinowane sposoby. Ale grunt, ze podoba sie dzieciom, ktore z nami jada. Co chwila do autobusu wsiadaja halasliwi sprzedawcy owocow, slodyczy i zimnych napojow. Ludzie ubrani w tradycyjne stroje, z pakunkami na plecach - ja jednak nie robie zdjec - za bardzo sie boje... Dojezdzamy do Tulcan, wymieniamy czesc dolarow na pesso (nie mamy przewodnika, wiec nie mozemy sprawdzic nawet przyblizonego kursu pesso, ale pozniej okazuje sie, ze kurs nie byl najgorszy). Konkluzja ekwadorska: jak to jest mozliwe, ze Cejrowski chce miec obywatelstwo akurat tego kraju?!?!?! Poki co, wrazenie jak najbardziej negatywne.
Dojezdzamy taksowka do granicy z Kolumbia. W kolejce poznajemy Amerykanina, kolo 60tki, i jego dziewczyne, Kolumbijke, kolo 40tki. On do niej przyjezdza od 14 lat. Okazuja sie byc aniolami. To w zasadzie pierwsze osoby, ktore sa mile, usmiechaja sie, podchodza, by pomoc, a nie wyciagnac od ciebie kase. Zabieraja nas do najbliszego miasta przy granicy, pomagaja wymienic jeszcze troche pieniedzy po dobrym kursie, udzielaja rad odnosnie tego co robic i tego, czego nie robic. Amerykanin idzie z nami na dworzec, wybiera najlepsza linie autobusowa, wszystko organizuje i znika. Podroz do Medellin trwa 20 h, w nocy tylko jedna kontrola, ale duzo lagodniejsza niz w Ekwadorze, udaje nam sie nawet spac spokojnie. Kolumbia jest przepiekna, zielona i soczysta. U Dawida jemy pierwszy duzy posilek (nie liczac pol kg sugusow, czekolady i ciastek) od Peru. O, wrocili. Idziemy na bansy.