Skorzystam z okazji - O. wyszla z naszym sympatycznym gospodarzem po aparat fotograficzny na czarny rynek - ponoc nowki sztuki tam maja, prosto z Panamy... a moze znajdzie tam swoj wlasny jeszcze z naszymi zdjeciami w srodku? A moze jeszcze co innego kupi?
Bo tam w ogole to wlasnie dotarlysmy do Medellin, "the biggest drug city in Colombia", jak podaje google.
Ale pokolei.
Nasza trasa samolotowa: W-wa, Zurich, NY (noc na lotnisku, z powierzeniem sie tamtejszej Matce Boskiej, w jednej z rozlicznych chapels na NJK airport), Panama, Lima.
W Limie O. pierwsze zdziwienie to brak slonca. Jej dwie hipotezy to: "slonce to jeden z symboli Inkow i oni sie teraz mszcza na tym miescie zalozonym przez swiniopasa Pizarro" a druga: "Donald, nasze Slonce, zabral ze soba dobra pogode do Polski". Czy jakos tak. Moja: jest zima.
Mi sie za to podoba, ze karetka pogotowia na sygnale stoi na czerwonym swietle - przepisy prawa drogowego przede wszystkim.
Obie mamy skojarzenie z Lwowem.
Wieczorem spotykamy sie z Andrea, kolezanka O. z erasmusa. M.in. dzieki niej wymieniamy walute u pana kantorka stojacego na chodniku, ktory poswiadcza legalnosc gotowki swoim stempelkiem (jakby co to mozemy do niego wrocic i rzadac zwrotu). Andrea uczy nas sprawdzac banknoty. Nocleg w gringowym backpackerskim hostelu w dzielnicy Miraflores.
2.07.kupujemy bilety autobusowe linii Oltursa do Tumbes (najbardziej na polnoc polozone miasto w Peru) za jedyne jak sie potem okazalo 100 soli. Trasa trwala 19 h (glownie Panamericana). Lime opuszczamy przez ok. 1,5 h (mieszka tam 8 mln ludzi), ktora na obrzezach w zasadzie jest jednym ciagiem slumsow i rozwalajacych sie lepianek. Obok wysypiska smieci. Wyglada to troche jak wioska romska kolo mostu grota, ktora zlikwidowano jakos w polowie lat 90tych. Za to w autobusie obsluguje pasazerow przepiekna stewardessa - dostajemy ciepla kolacje, sniadanie, kawe, herbate, napoje, do tego pani pokazuje ksiazki, ktore mozna wypozyczyc z pokladowej biblioteczki. Dla wszystkich kino familijne (jeszcze wtedy nie docenialysmy, niewdzieczne) - pelen relaks. Rano poznajemy, dzieki O. i jej hiszpanskiemu, niejakiego Edwardo, uduchowionego wuefiste z Limy, czlowieka renesansu, naprawde szacun. Jemy z nim i jego kolega marketingowcem obiad nad rzeka (zdjecia pysznosci zamiescimy z czasem). Dostajemy sie na granice z Ekwadorem, przejscie jest horrendalne, ale udaje nam sie jakos i nawet lapiemy autobus do Quito. Lokalna linia TAC za 8 dolcow od osoby (Ekwador nie ma swojej wlasnej waluty) - ani stewardessy, ani jedzenia, ani kina familijnego, ani nawet toalety, za to przystanki w kazdej mozliwej wiosce ekwadorskiej, co ma swoje poznawcze walory. Podroz trwa 12 h, po drodze zatrzymujemy sie na kolacje w przydroznym barze (jeszcze na tyle nie ufamy naszym rozchwianym zolodkom, wiec zamawiamy tylko colke), no i kilka razy ladunek bananow, ktory wieziemy na dachu sie luzuje, wiec sie zatrzymujemy i pan naganiacz je poprawia (w ogole to jest b.wazna funkcja, wykonywana z narazeniem zycia: czlowiek wychyla sie z autobusu prawie w calosci i drze sie, gdy tylko widzi potencjalnych pasazerow).W nocy 4 razy zatrzymuja nas kolejne sluzby mundurowe - scenariusz sie powtrza: kaza wychodzic z autobusu, oddzielaja kobiety od mezczyzn (dopiero przy pierwszej kontrolii uwazniej przypatruje sie naszym kompanom podrozy.. coz...), kazdego legitymuja, sprawdzaja podreczny bagaz, mezczyzn dodatkowo przeszukuja (gdzie ten gender ja sie pytam?!). Rownolegle inny funkcjonariusze sprawdzaja autobus. Powoli przyzwyczajam sie do widoku karabinow.
4 lipca, o 6 rano wymeczone dotychczasowa droga ladujemy w Quito. I wlasnie tam te dwie baby zrobily nas na szaro. Gdy schodzilysmy po schodach dworca do informacji oblaly nas jakas octowa mazia od tylu i zaczely udawac, ze nas wycieraja. W tym czasie jedna (dwie?) inne zabraly czesc naszych rzeczy. Najbardziej ucierpiala O., ktorej zabraly aparat fotograficzny, telefon i czesc kasy. Mi zabraly plecaczek, w ktorym oprocz kasy mialam przewodniki, notatnik ze zdjeciami rodziny i bliskich, rozmowki pol-hiszp., szczoteczke do zebow itp. Na szczescie paszporty i karty kredytowe trzymalysmy w skrytkach w spodniach, wiec luz. Mamy tylko nadzieje, ze jak zobacza nasze prywatne rzeczy, zdjecia, dewocjonalia to je to troche ruszy... Postanowilysmy pojsc na policje, ale tu akurat nie ma o czym mowic, bo pan oficer nic nie zrobil, nawet nie przyjal zeznan.
Wsiadamy w autobus do Tulcan -przy granicy kolumbijskiej(4,5 dolarow os osoby). Podroz trwa 8 h i wiedzie glownie przez tereny wiejskie, gorzyste. Serpentyny przyprawiaja o mdlosci... w ogolnym wrazeniu nie pomaga b.agresywny film amerykanski, ktory polega na zabijaniu przeciwnikow na rozne wyrafinowane sposoby. Ale grunt, ze podoba sie dzieciom, ktore z nami jada. Co chwila do autobusu wsiadaja halasliwi sprzedawcy owocow, slodyczy i zimnych napojow. Ludzie ubrani w tradycyjne stroje, z pakunkami na plecach - ja jednak nie robie zdjec - za bardzo sie boje... Dojezdzamy do Tulcan, wymieniamy czesc dolarow na pesso (nie mamy przewodnika, wiec nie mozemy sprawdzic nawet przyblizonego kursu pesso, ale pozniej okazuje sie, ze kurs nie byl najgorszy). Konkluzja ekwadorska: jak to jest mozliwe, ze Cejrowski chce miec obywatelstwo akurat tego kraju?!?!?! Poki co, wrazenie jak najbardziej negatywne.
Dojezdzamy taksowka do granicy z Kolumbia. W kolejce poznajemy Amerykanina, kolo 60tki, i jego dziewczyne, Kolumbijke, kolo 40tki. On do niej przyjezdza od 14 lat. Okazuja sie byc aniolami. To w zasadzie pierwsze osoby, ktore sa mile, usmiechaja sie, podchodza, by pomoc, a nie wyciagnac od ciebie kase. Zabieraja nas do najbliszego miasta przy granicy, pomagaja wymienic jeszcze troche pieniedzy po dobrym kursie, udzielaja rad odnosnie tego co robic i tego, czego nie robic. Amerykanin idzie z nami na dworzec, wybiera najlepsza linie autobusowa, wszystko organizuje i znika. Podroz do Medellin trwa 20 h, w nocy tylko jedna kontrola, ale duzo lagodniejsza niz w Ekwadorze, udaje nam sie nawet spac spokojnie. Kolumbia jest przepiekna, zielona i soczysta. U Dawida jemy pierwszy duzy posilek (nie liczac pol kg sugusow, czekolady i ciastek) od Peru. O, wrocili. Idziemy na bansy.