niedziela, 19 października 2008

Czy tam było bezpiecznie?

Wróciłyśmy i nadal jeszcze spotykamy się z kolejnymi znajomymi, pokazujemy im zdjęcia, opowiadamy, jak tam było, gdzie nam się najbardziej podobało (ja: moje ulubione kraje to Kolumbia i Boliwia+ uśmiech dumy i radości), itp. Wszyscy nas pytają: Czy tam było bezpiecznie? i Jak sobie same, bez żadnego faceta, radziłyście? Powiedzmy sobie szczerze, że to fajne uczucie, odpowiadamy: Pewnie, że sobie poradziłyśmy!
Żeby wrócić w jednym kawałku oczywiście stosowałyśmy różne strategie obronne i przystosowawcze. Standardowo przed wyjazdem oprócz czytania książek, śledziłyśmy różne relacje, fora podróżnicze, robiłyśmy notatki (jedna z moich przedwyjazdowych: (Peru) sprawdzić czy hotel ma kraty w oknach - do innego nie wchodzić - teraz myślę sobie: święta prawda!)itp.
Na miejscu ciągle miałyśmy oczy dookoła głowy (no, oprócz momentu zmęczenia i nieuwagi, kiedy nas okradły), pod tym względem to na pewno nie były rozrywkowe i relaksujące wakacje.
Oto kilk rad, przydatnych w miejscach podwyższonego ryzyka:
ULICA
-idź pewnym krokiem, nie pokazuj niepewności; nawet, jeżeli szukasz jakiegoś miejsca, to próbuj nie dawać tego po sobie poznać.
-rada z przewodnika LP: jeśli ktoś na ciebie wymiotuje, nie zatrzymuj się, idź dalej, to prawdopodobnie próba kradzieży"; podobnie, gdy podchodzi do ciebie miła staruszka lub gdy grupka dzieci zaczyna się bić tuż przed tobą albo tak, jak nas, ktoś polewa cię dziwną mazią/musztardą, czymkolwiek
- gdy ktoś zagaduje pamiętaj, że nawet, gdy odpowiadasz lepiej, żebyś szedł (np. mówiąc proste "dziękuję" na komplement twoich cudnych oczach)
- wszystkie cenne rzeczy chowaj w poukrywanych kieszeniach, skrytkach;
- aparat fotograficzny wyjmuj tylko w momencie robienia zdjęcia (oczywiście upewnij się, że można w tym miejscu robić zdjęcia)
-pytaj o drogę, przybliżone koszty taksówki i inne informacje tylko zaufane osoby - panie w sklepie, babcie klozetowe (to są zazwyczaj urocze stworzenia, czego nie można powiedzieć o policjantach/policji turystycznej), obsługę hotelową.
DWORZEC
-kupuj bilet tylko w okienkach, u sprawdzonych przewoźników, ale nawet jeśli są sprawdzeni to spytaj o to, ile będzie po drodze postajów, w ilu miastach zatrzyma się autobus, czy droga jest w porządku.
-nie pokazuj skąd wujmujesz pieniądze, kryj się maksymalnie jak tylko można
-gdy jedna osoba idzie to toalety, druga niech obwiąże się wszystkimi bagażami;
-trudny moment to ładowanie bagażu do autobusu - nie chodzi o to, że okazuje się, że nasz plecak ląduje koło całej palety kurczaków, które w każdej chwili mogą z niej wyjść - w gwarze łatwo o kieszonkowca, a poza tym trzaba zawsze sprawdzać, czy na pewno i w jakim miejscu położono nasz plecak; warto pytać czy są bileciki na bagaż (numerek doczepiany do plecaka, drugi u nas), wtedy jest gwarancja, że nikt inny nie dostanie naszego bagażu (zazwyczaj za darmo, czasem trzeba za taki bileci zapłacić, około 5 soli za bagaż w Peru)
-wyjmowanie bagażu - najgorszy moment - są dwie szkoły, jedna, że należy przeczekać szum i gwar i odbierać bagaże na końcu, żeby uniknąć kieszonkowców, druga, moja: jedna osoba z bagażami podręcznymi przyczepionymi maksymalnie do ciała i siebie nazwajem czeka, druga idzie najpierw po jeden, potem po drugi bagaż, żeby ich nikt nie skołował.
-dworce w Kolumbii są dużo bepieczniejsze niż w innych krajach - policja/wojsko/ochrona na każdym kroku; bramki wykrywające metal/broń przy każdym wejściu na dworzec, itp.
-w Ekwadorze należy uważać- nie zapłaci się nigdzie banknotami powyżej 50 dolarów (trzeba je wymieniać w banku - boją się, że to kaska od narkotrafikantów).
TAXI
-rozglądaj się tylko za oznakowanymi taksówkami, najpierw sprawdź jej numer oraz czy na szybie ma licencję taksówkarską
-negocjuj cenę zanim wsiądziesz do samochodu, targuj się, gdy już się zgodzicie co do ceny upewnij się, czy dobrze zrozumiałeś i że to cena od obu osób, a nie od jednej
- sprawdź czy wewnątrz samochodu są klamki
-obserwuj drogę i zachowanie taksówkarza
-nie zgadzaj się na propozycję, żeby zapłącić już w trakcie drogi, bo tam jest tak niebezpiecznie - powiedz stanowczo, że płacisz, gdy dojedziesz na miejsce
- dla kobiet: w momencie, gdy taksówkarz zaczyna wypytawać się o życie osobiste/stan cywilny, ogólnie, jest zbyt zainteresowany możesz mu sprzedać historyjkę o mężu w Polsce, który ciężko pracuje, ale cieszy się, że mógł cię wysłać na wakacje, bo w Polsce tak często bywa, itp - sprawdzone!

Napisałam to, bo nam z Olą ostro zrzedły minyi naprawdę spokorniałyśmy, gdy przeczytałyśmy tę relację z jednego z naszych ukochanych miast: http://www.loswiaheros.pl/porady-praktycze/la-paz-porwanie-napad-z-bronia-w-reku.php
miałyśmy więcej szczęścia niż rozumu!

ale i tak polecamy, jak napisał Cejrowski, załadowanie lodówki na plecy, sprzedanie jej i podróż w miejsce, o którym się marzy!
warto!

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

koka

Cuzco - 3500 m n.p.m., jez. Titicaca - 3800 m n.p.m., La Paz tez jakos tak. Wiec sie nabawilysmy choroby wysokosciowej, na ktora sa podobno tylko dwa sposoby- leki (probowalysmy, srednio dzialaja) albo herbata z koki (powoduje u nas nie euforie, lecz migotanie przedsionkow, smakuje jak herbatka ziolowa).

Koka byla od zarania dziejow roslina, dzieki ktorej miejscowi Indianie byli w stanie komunikowac sie z duchami. Jest to element ich tozsamosci, sa z niej bardzo dumni. W La Paz jest nawet muzeum koki, w ktorym mozna sie dowiedziec czym rozni sie koka od kokainy, poznac krotka historie coca-coli (od lat 60tych nie dodaje sie do niej koki, myslalam, ze wczesniej), zobaczyc kilka sposobow konsumpcji koki, itp. W Peru az roi sie od koszulek z koka (oprocz koszulek z inka kola oczywiscie).
W czasach kolonialnych, Kosciol zauwazyl, ze koka wprawia ludzi w stan zadowolenia i dodaje sil, wiec uznal to za dzialanie diabelskie, z czego sie potem wycofal. W tamtym okresie czas pracy dla Indian boliwijskich (praca glownie w kopalniach) trwal 48 h ciagiem, wiec rzucie koki bylo dobrym (i chyba jedynym) sposobem na przetrwanie. Koka stala sie wtedy towarem, ktorego cena potrafila isc ostro w gore, przestala pelnic funkcje sakralne. Na poczatku XX wieku niemieccy naukowcy odkryli, ze koka (jakos przetworzona) moze dobrze sluzyc w celach anestozjologicznych. Natomiast pierwszym coca-consumerem, jak to rozumiemy wspolczesnie, uzalenionym, byl... Zygmunt Freud.
Teraz jest tak, ze wiekszosc producentow koki, glownie z dzungli, gdzie koka rosnie jak szalona, sprzedaje ja producentom kokainy, czego zdaje sie nie zauwazac Evo Morales, przemawiajac plomiennie w ONZ... Ale po prawdzie trzeba przyznac, ze niektorzy sprzedaja ja do dobrych celow konsumpcyjnych (do rzucia - swieze liscie koki, suszone psuja zeby, do cukierkow, do herbaty, itp.) i ponoc ponad 90 proc. mezczyzn i ok.80 kobiet w Boliwii reguularnie rzuje koke.

Szkoda, ze Wam jej nie przywieziemy :(

czwartek, 7 sierpnia 2008

Lima 2




Palac Arcybiskupow i Katedra, Plaza de Armas



Palac Prezydenta






Trujillo



























selva

rejon Pastaza, Ekwador









poniedziałek, 4 sierpnia 2008

o tym sie mowi

O ile w Kolumbii podczas naszego pobytu na tapecie byly wybory Miss Universal, w ktorych Miss Kolumbii zostala pierwsza wicemiss (moim zdaniem nieslusznie, bo jest sliczna, zobaczcie sami: http://www.talianavargas.com/ )
tuz za Miss Wenezueli (polityka jest wszedzie), o tyle w Ekwadorze media mowia glownie o pracy dzieci i projekcie nowej konstytucji. Trwa tez zakrojona na szeroka skale akcja propagandowa. Zasadniczo chodzi o to, zeby demokracja byla bardziej reprezentatywna. A w Peru mozna wyczytac hasla takie jak: alfabetyzacja podstawa sprawiedliwosci spolecznej.

piątek, 1 sierpnia 2008

tam i z powrotem

Z ciezkim sercem (a niektorzy i migdalkami) opuscilysmy Wybrzeze Karaibskie i wyruszylysmy w droge powrotna do Peru. Nasza trasa liniami Bolivariano (lecial zlowrozebnie brzmiacy film- Mission Impossible 2, ktorego nic nie zrozumialam, ale zaciegawil mnie Szanghaj...): Cartagena- Medellin-Impiales. Na granicy kolumbijsko-ekwadorskiej przezylysmy koszmar porownywalny z przejsciem w Medyce, tylko, ze jeszcze jacys oblesni goscie puszczali do nas oko (to sie jednak wsrod Slowian nie zdarza!- mowilam juz, ze przezywamy cos w rodzaju antropologicznego zmeczenia ta mantalnoscia? przynajmniej czasami). Nawet zwawo (2 dni) udalo nam sie dotrzec do Quito i tym razem nie zostalysmy okradzione, z czego jestesmy naprawde dumne! Quito zwiedzilysmy pobieznie- stolice krajow poludniowoamerykanskich nie sa najbardziej ekscytujace...
Dwie ciekawostki:
-do autobusu wchodzi przykladowy sprzedawca napojow. Najpierw przeprasza, ze nam przeszkadza, po czym zaczyna b. szybko zachecac do zakupu: nopoiczki, napoiczki! wodeczka i soczki z owockow doskonale do filmiczku, ktory bedzie opuszczony podczas podrozyczki...
- napis na scianie w Quito: Nie jestes psem, nie sikaj tu! Szanuj sie!

Z Quito przejechalysmy do Puyo (5h), ktore jest ostatnim miastem, potem juz tylko dzungla. Wczesniej zarezerwowalysmy sobie wyprawe(Aventura Ekstrema):
1. dzien: rafting; chodzenie po jaskiniach w dzunglii
nocleg w Cabanas (taka chatka indianska w dzunglii, przypomina kurnik harcerski)
2. spacer po dzunglii; kapiel w wodospadach, nocleg jw.
3. ogrod malp (chodza luzem, wlaza na glowe, kradna przedmioty z kieszeni)
Wbrew temu, co pize Cejrowski dzungla to nie jest jedno wielkie swedzenie! Mamy nadzieje, ze zaden motyl nie zlozyl larwy w naszych palcach.... ale na pewno ciagly halas (szczegolnie noca) i ruch (np. wielkie mrowki), i taki niesamowity gaszcz i wilgoc (ale wcale nie jest upalnie!) i taka ogromna roznorodnosc i egzotyka roslinnosci! I ta przestrzen! Ech...

A po dzunglii zregenerowalysmy sily w wypasnym hotelu za grosze i na impresce latynoskiej! I jedziemy dalej

piątek, 25 lipca 2008

Dlaczego blog pod-upadl?

Oli

"Powiedz: aaaaaa", "aaaaaaaa". "Dlaczego my zawsze musimy dostac anginy w toksycznym miejscu?!"- spytala filozoficznie, gaszac czolowke (wiedzialam, ze sie na cos przyda!!!)skierowana w moje gardlo. Przez chwile trwalysmy w niemym zadumaniu nad trauma wydarzen sprzed dwoch lat, gdy to ona dostala anginy w rezydencji pani ambasador w duzym europejskim kraju...Po czym stala energicznie, stwierdzajac, ze tu jest jednak duzo lepiej i zostajemy az mi sie nie poprawi. Bohaterskie to bylo wyznanie zwazywszy na to, ze manager tego hostelu, z ktorego juz juz mialysmy sie wymiksowywac smolil cholewy do O. a nie nalezal do najwiekszych gentlemanow jakich ziemia nosila (choc i nie do najgorszych jakich nosi kolumbijska). Wrocila niebawem z lekami, piciem, jedzeniem, wszystkim.
Swoja droga chyba i tak nie jest najgorzej- mamy rozpiske przygotowana przez Tate O. z lekami i dawkowaniem, mozemy zawsze sie z Nim skonsultowac, a w aptece nie robili problemow. I to tylko angina. A w Boliwii turysci na potege laduja w szpitalach z salmonella (wszyscy mowia, ze da sie tego uniknac, ale nie jedzac owocow i wielu innych rzeczy). Wiec skoro chorobe juz zaliczylysmy to mozemy ruszac dalej.

piątek, 18 lipca 2008

Taganga

Wyjechalysmy od naszej kolumbijskiej rodziny- cioc, babc, wujkow i innych serdecznych ludzi. Tym samym zamknelysmy etap bogocianski i wyruszylysmy na polnoc. Autobus mial jechac 16 h, jedak doliczajac opoznienie 12 godzinne spowodowane korkami i manifestacjami na drodze dojechalysmy na miejsce nie o 7 rano, ale o 7 wieczorem glodne jak wilki. Na szczescie wybrzeze karaibskie i nasz hostelik w widokiem na zatoke i nasz hamak na tarasie i nasze insekty i nasze swiezowyciskane soki z mango na mleku wynagrodzily nam podroz!!!

pozdrowienia z raju!!!

wtorek, 15 lipca 2008

Domingo

Bo w ogole to my na Msze chodzimy. Na tym polu jednak sie roznimy z O. - ja przed wyjazdem wyszukalam sobie miejsca, gdzie mozna trafic na Tridentine (adresy sa aktualnie w posiadaniu ekwadorskich zlodziejek), a O. spragniona jest novusa w duchu teologii wyzwolenia. Poki co nie zrealizowalysmy ani jednego ani drugiego pragnienia.
W Medellin bylysmy w katedrze i akurat trafilysmy na biskupa i specjalne blogoslawienstwo. Zasadniczo novus jak i u nas, ale na blogoslawienstwo lud padl na kolana.
W te niedziele nasi gospodarze zabrali nas do swojego kosciola. Msza zaczela sie z punktualnoscia iscie latynoska, ale mniejsza o to. Oprawa muzyczna w stylu "Bialy krazek", a na Przeistoczenie byl specjalny podklad (ludzie cos w ogole odpowiadali w trakcie). Podobnie jak w Europie nie spiewano psalmu, za to byly rozne radosne piesni, np. przed Ewangelia. Na bialym tle sciany z krzyzem pieknie lsnily dlugie ciemne wlosy ministrantek, a przy Komunii pomagal sympatyczny pan (braki kadrowe? ogolnie to chyba nie jest najwiekszy problem Kosciola w Kolumbii...) W czesciach stalych panuje lekki freestyle, ale nie wiekszy niz na ichnim przejsciu dla pieszych. Za to koscioly otwarte zawsze i zawsze sa tam modlacy i spowiadajacy sie ludzie.
Ogolnie Kosciol jest aktywnym aktorem na scenie politycznej- mediatorem np. miedzy prezydentem a Trybunalem Konstytucyjnym lub w sprawach porwan lub jakis lokalnych konfliktow. Jesli chodzi o politykow to nie zajmuja sie sprawami cywilizacyjnymi, tylko bardziej socjalem, bezpieczenstwem wewnetrznym i zewnetrznym.

niedziela, 13 lipca 2008

Bogota









































import eksport rapaport

Kolumbia dostarcza do Europy wiekszosc kwiatow (tu sa tanie jak barszcz) i obstawia 80% swiatowej produkcji szmaragdow- mowilam juz, ze nie wracam?

sobota, 12 lipca 2008

hotele, hostele, motele...

W Kolumbii, kraju badz co badz latynoskim, mlodzi musza uprawiac seks, a wiadomo, ze panuje zla styuacja mieszkaniowa... Wiec rynek odpowiedzial na te potrzebe. Oprocz hoteli i hosteli, gdzie zatrzymuja sie turysci, sa jeszcze motele, ktore sluza jedynie w tym celu- wynajmuje sie pokoj na godziny, elastycznie, wedle potrzeb. Sa tez znizki w poniedzialki lub cos w stylu karty stalego klienta, jesli sie przychodzi kilka razy w tygodniu. Infratruktura motelowa rozwija sie preznie. W Medellin jest nawet tak, ze jeden motel jest polaczony tunelem z wielka dyskoteka na 5000 osob. Mozna wyjsc, potem wrocic. Genialne. Deo gratias za kapitalis.

klasa

Zasadniczo nie lubie jak mi sie opowiada o klasowym podziale spoleczenstwa. Z kolei jesli mowa o klasie sredniej to od razu przypominaja mi wyklady prof.Kicinskiego o polskiej klasie sredniej, a w zasadzie jej braku, problemach definicyjnych, rozlicznych badaniach itp. Tu w Kolumbii jest inaczej - jest 6 klas, b. dokladnie sprecyzowanych. Pierwsza i druga to ci najbiedniejsi, zle wyksztalceni, mieszkancy tzw. faveli (okreslenie brazylijskie, inaczej slumsy). Bardzo czesto sa to mieszkancy wsi wysiedleni przez lewakow guerrilla (tych samych partyzantow co porywaja turystow), ktorzy potrzebuja miejsca na plantacje i produkcje narkotykow. Wiec nie jest to podroz do wielkich miast za chlebem tylko koniecznosc. Klasa trzecia i czwarta to klasa srednia, inteligencja, zaangazowana w sprawy spoleczno-ekonomiczne (maja problemy finansowe, wiec im zalezy na realnej zmianie), w koncu piata i szosta - biznesmeni, mieszkajacy w wypasnych domach lub apartamentach z basenem na balkonie. Zyja bardzo po amerykansku, itp. Nasi przewodnicy po Kolumbii bez problemu potrafia okreslic w ktorej dzielnicy mieszkaja przedstawiciele danej klasy (np. do tej ulicy 4 i 5, a po drugiej stronie tylko 5 i 6). Bylysmy ciekawe jak sie odroznia te klasy. Najwazniejszy wyznacznik jest banalnie prosty - kasa (gdzie te subtelne niuanse prof. Kicinskiego...?). Powszechnie wiadomo w ktorej dzielnicy placi sie jaki czynsz. Dodatkowo klasy srednia i wyzsza obowiazkowo maja sluzbe- kucharke i sprzataczke. Jesli sie tego nie ma to juz jest naprawde zle.
I wszystko jasne.

środa, 9 lipca 2008

kulinaria

Oto kilka ciekawszych potraw, ktore mialysmy okazje sprobowac
Peru
Ceviche - trwaja spory miedzy mna a O. co do sposobu przyzadzania tej ryby. Ja uwazam, ze jest to ryba smazona, O.powatpiewa. Nie ulega jednak watpliwosci, ze jest to swieza ryba w cebuli podawana w sosie cytrynowym. Palce lizac.



Inka Kola - nie wiadomo dlaczego nazywa sie Kola, gdyz jest to po prostu okropnie slodka lemoniada. W Peru b. popularna. Jest tez wersja light, ale sie nie skusilysmy









Kolumbia
Mistrzostwo swiata: przyrzadzone przez nasza prywatna pania kucharke z Karaibow tamtejsze przysmaki: Ryz z kokosem(po sprobowaniu stwierdzam, ze nie wracam do kraju :), owoce morza, tarta brokulowa, patacon - placek z bananow. matulu...
Natomiast na sniadanie zamiast chleba w Kolumbii je sie arepe czyli taki kukurydziany placek, reszta klasyczna. Do tego o kazdej porze dnia i nocy mozna za 5 zl kupic pol kg salatki owocowej (samemu wybiera sie owoce, niektorych nazw nie znaja nawet
Kolumbijczycy, tyle tego jest)

cdn

wtorek, 8 lipca 2008

Peru

ryc.1. typowa taksowka, Lima








ryc.2. styl kolonialny- pierwsze podejscie







ryc.3. puebla, ktore mijalysmy po drodze (mialysmy nadzieje, ze nie typowe)







ryc.4 i 5 - polnocne Peru

















ryc.6. i dalsze:Tumbes

























docieranie na miejsce

ryc.1. NY








ryc.2. historia Panamy oczami dzieci








ryc.3. Ekwador?

sobota, 5 lipca 2008

odslona pierwsza-zo

Skorzystam z okazji - O. wyszla z naszym sympatycznym gospodarzem po aparat fotograficzny na czarny rynek - ponoc nowki sztuki tam maja, prosto z Panamy... a moze znajdzie tam swoj wlasny jeszcze z naszymi zdjeciami w srodku? A moze jeszcze co innego kupi?
Bo tam w ogole to wlasnie dotarlysmy do Medellin, "the biggest drug city in Colombia", jak podaje google.
Ale pokolei.
Nasza trasa samolotowa: W-wa, Zurich, NY (noc na lotnisku, z powierzeniem sie tamtejszej Matce Boskiej, w jednej z rozlicznych chapels na NJK airport), Panama, Lima.
W Limie O. pierwsze zdziwienie to brak slonca. Jej dwie hipotezy to: "slonce to jeden z symboli Inkow i oni sie teraz mszcza na tym miescie zalozonym przez swiniopasa Pizarro" a druga: "Donald, nasze Slonce, zabral ze soba dobra pogode do Polski". Czy jakos tak. Moja: jest zima.
Mi sie za to podoba, ze karetka pogotowia na sygnale stoi na czerwonym swietle - przepisy prawa drogowego przede wszystkim.
Obie mamy skojarzenie z Lwowem.
Wieczorem spotykamy sie z Andrea, kolezanka O. z erasmusa. M.in. dzieki niej wymieniamy walute u pana kantorka stojacego na chodniku, ktory poswiadcza legalnosc gotowki swoim stempelkiem (jakby co to mozemy do niego wrocic i rzadac zwrotu). Andrea uczy nas sprawdzac banknoty. Nocleg w gringowym backpackerskim hostelu w dzielnicy Miraflores.
2.07.kupujemy bilety autobusowe linii Oltursa do Tumbes (najbardziej na polnoc polozone miasto w Peru) za jedyne jak sie potem okazalo 100 soli. Trasa trwala 19 h (glownie Panamericana). Lime opuszczamy przez ok. 1,5 h (mieszka tam 8 mln ludzi), ktora na obrzezach w zasadzie jest jednym ciagiem slumsow i rozwalajacych sie lepianek. Obok wysypiska smieci. Wyglada to troche jak wioska romska kolo mostu grota, ktora zlikwidowano jakos w polowie lat 90tych. Za to w autobusie obsluguje pasazerow przepiekna stewardessa - dostajemy ciepla kolacje, sniadanie, kawe, herbate, napoje, do tego pani pokazuje ksiazki, ktore mozna wypozyczyc z pokladowej biblioteczki. Dla wszystkich kino familijne (jeszcze wtedy nie docenialysmy, niewdzieczne) - pelen relaks. Rano poznajemy, dzieki O. i jej hiszpanskiemu, niejakiego Edwardo, uduchowionego wuefiste z Limy, czlowieka renesansu, naprawde szacun. Jemy z nim i jego kolega marketingowcem obiad nad rzeka (zdjecia pysznosci zamiescimy z czasem). Dostajemy sie na granice z Ekwadorem, przejscie jest horrendalne, ale udaje nam sie jakos i nawet lapiemy autobus do Quito. Lokalna linia TAC za 8 dolcow od osoby (Ekwador nie ma swojej wlasnej waluty) - ani stewardessy, ani jedzenia, ani kina familijnego, ani nawet toalety, za to przystanki w kazdej mozliwej wiosce ekwadorskiej, co ma swoje poznawcze walory. Podroz trwa 12 h, po drodze zatrzymujemy sie na kolacje w przydroznym barze (jeszcze na tyle nie ufamy naszym rozchwianym zolodkom, wiec zamawiamy tylko colke), no i kilka razy ladunek bananow, ktory wieziemy na dachu sie luzuje, wiec sie zatrzymujemy i pan naganiacz je poprawia (w ogole to jest b.wazna funkcja, wykonywana z narazeniem zycia: czlowiek wychyla sie z autobusu prawie w calosci i drze sie, gdy tylko widzi potencjalnych pasazerow).W nocy 4 razy zatrzymuja nas kolejne sluzby mundurowe - scenariusz sie powtrza: kaza wychodzic z autobusu, oddzielaja kobiety od mezczyzn (dopiero przy pierwszej kontrolii uwazniej przypatruje sie naszym kompanom podrozy.. coz...), kazdego legitymuja, sprawdzaja podreczny bagaz, mezczyzn dodatkowo przeszukuja (gdzie ten gender ja sie pytam?!). Rownolegle inny funkcjonariusze sprawdzaja autobus. Powoli przyzwyczajam sie do widoku karabinow.
4 lipca, o 6 rano wymeczone dotychczasowa droga ladujemy w Quito. I wlasnie tam te dwie baby zrobily nas na szaro. Gdy schodzilysmy po schodach dworca do informacji oblaly nas jakas octowa mazia od tylu i zaczely udawac, ze nas wycieraja. W tym czasie jedna (dwie?) inne zabraly czesc naszych rzeczy. Najbardziej ucierpiala O., ktorej zabraly aparat fotograficzny, telefon i czesc kasy. Mi zabraly plecaczek, w ktorym oprocz kasy mialam przewodniki, notatnik ze zdjeciami rodziny i bliskich, rozmowki pol-hiszp., szczoteczke do zebow itp. Na szczescie paszporty i karty kredytowe trzymalysmy w skrytkach w spodniach, wiec luz. Mamy tylko nadzieje, ze jak zobacza nasze prywatne rzeczy, zdjecia, dewocjonalia to je to troche ruszy... Postanowilysmy pojsc na policje, ale tu akurat nie ma o czym mowic, bo pan oficer nic nie zrobil, nawet nie przyjal zeznan.
Wsiadamy w autobus do Tulcan -przy granicy kolumbijskiej(4,5 dolarow os osoby). Podroz trwa 8 h i wiedzie glownie przez tereny wiejskie, gorzyste. Serpentyny przyprawiaja o mdlosci... w ogolnym wrazeniu nie pomaga b.agresywny film amerykanski, ktory polega na zabijaniu przeciwnikow na rozne wyrafinowane sposoby. Ale grunt, ze podoba sie dzieciom, ktore z nami jada. Co chwila do autobusu wsiadaja halasliwi sprzedawcy owocow, slodyczy i zimnych napojow. Ludzie ubrani w tradycyjne stroje, z pakunkami na plecach - ja jednak nie robie zdjec - za bardzo sie boje... Dojezdzamy do Tulcan, wymieniamy czesc dolarow na pesso (nie mamy przewodnika, wiec nie mozemy sprawdzic nawet przyblizonego kursu pesso, ale pozniej okazuje sie, ze kurs nie byl najgorszy). Konkluzja ekwadorska: jak to jest mozliwe, ze Cejrowski chce miec obywatelstwo akurat tego kraju?!?!?! Poki co, wrazenie jak najbardziej negatywne.
Dojezdzamy taksowka do granicy z Kolumbia. W kolejce poznajemy Amerykanina, kolo 60tki, i jego dziewczyne, Kolumbijke, kolo 40tki. On do niej przyjezdza od 14 lat. Okazuja sie byc aniolami. To w zasadzie pierwsze osoby, ktore sa mile, usmiechaja sie, podchodza, by pomoc, a nie wyciagnac od ciebie kase. Zabieraja nas do najbliszego miasta przy granicy, pomagaja wymienic jeszcze troche pieniedzy po dobrym kursie, udzielaja rad odnosnie tego co robic i tego, czego nie robic. Amerykanin idzie z nami na dworzec, wybiera najlepsza linie autobusowa, wszystko organizuje i znika. Podroz do Medellin trwa 20 h, w nocy tylko jedna kontrola, ale duzo lagodniejsza niz w Ekwadorze, udaje nam sie nawet spac spokojnie. Kolumbia jest przepiekna, zielona i soczysta. U Dawida jemy pierwszy duzy posilek (nie liczac pol kg sugusow, czekolady i ciastek) od Peru. O, wrocili. Idziemy na bansy.

piątek, 30 maja 2008

final (?) countdown

O. i Z. na tropach Donka! [już niedługo relacja z naszej podróży życia]